Już ponad miesiąc temu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedziało ujawnienie projektu oczekiwanej przez środowiska twórcze ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego.

 

Wiele jednak wskazuje na to, że najbardziej kontrowersyjną, a zarazem najmniej zrozumiałą jej częścią może być aktualizacja katalogu urządzeń reprograficznych poprzez dopisanie m.in. tabletów i smartfonów. W konsekwencji producenci i importerzy takich urządzeń zostaną zobowiązani do uiszczania opłat reprograficznych. Możnaby tylko dodać – nareszcie, bo wbrew pozorom pomysł nie jest nowy. Lobbyści koncernów elektronicznych od kilku lat uderzają w wysokie tony, strasząc powszechnym „wykluczeniem cyfrowym" i upadkiem konkurencyjności polskich przedsiębiorców, a reprezentujące ich zrzeszenie prowadzi kampanię „Nie płacę za pałace" wymierzoną w ZAIKS. Ten ostatni nie pozostał bezczynny i odpowiedział kampanią „Czyste nośniki".

 

To właśnie owe utracone na skutek zwielokrotniania utworów w ramach dozwolonego użytku prywatnego korzyści mają twórcom rekompensować opłaty reprograficzne. W Polsce regulację na temat opłat reprograficznych przyjęto już 18 lat temu. Od tego czasu nieznacznie zmieniane przepisy nakładają obowiązek uiszczania takich opłat na producentów i importerów magnetofonów, magnetowidów, kserokopiarek, skanerów i czystych nośników. Łatwo dostrzec, że ustawowe wyliczenie zawiera urządzenia już zapomniane lub stopniowo przechodzące do lamusa historii techniki. Brakuje w nim zaś obecnie kluczowych w powielaniu i odtwarzaniu utworów komputerów osobistych, smartfonów czy tabletów.

 

Można powiedzieć, że skuteczny lobbing koncernów elektronicznych zahibernował polską opłatę reprograficzną, zatrzymując czas w tym wąskim obszarze prawnych regulacji. Koszt tej operacji ponoszą przede wszystkim twórcy. Staje się to szczególnie widoczne wobec skali takich opłat pobieranych w innych krajach Europy. Międzynarodowa Konfederacja Stowarzyszeń Autorów i Kompozytorów (CISAC) podsumowała europejskie opłaty reprograficzne uzyskując kwotę przekraczającą miliard Euro. O ile Niemcy przekazali twórcom w 2018 roku 332 mln Euro, Francuzi 227 mln, Włosi 127 mln, a mniej liczni Węgrzy i Czesi odpowiednio 27 i prawie 10 milionów Euro, to suma wszystkich opłat zgromadzonych w Polsce wyniosła dokładnie 1,7 mln. Średnia unijna opłata przypadająca na jednego mieszkańca to 2,35 Euro rocznie. W Polsce wynosi jedynie 4 eurocenty.

 

Jak z powyższego wynika koszt ponoszony przez użytkownika utworów jest w skali roku znikomy. Natomiast oszczędność po stronie koncernów elektronicznych w każdym kolejnym roku bez nowelizacji katalogu jest ogromna. W tym kontekście organizacja kampanii społecznych czy dotarcie do nieświadomych istoty sporu polityków z nośną przestrogą przed „wykluczeniem cyfrowym" jest tańszą i atrakcyjną alternatywą wobec zmierzenia się z kosztem, jaki producenci znają już z innych krajów Unii Europejskiej. Po stronie samych twórców ani tak silnego lobby, ani takiego kapitału, nie ma.

 

Instytucję opłat reprograficznych usiłuje się zwalczyć za pomocą argumentu, że jej jedynymi realnymi beneficjentami są organizacje zbiorowego zarządzania, rzekomo dowolnie decydujące o podziale pochodzących z opłaty środków, a poprzez sztuczne zawyżanie kosztów inkasa dodatkowo zmniejszające kwoty do dystrybucji pomiędzy twórców. To nie jest prawda. Pobór i podział opłat na rzecz twórców jest ściśle reglamentowany prawnie. Jednak przede wszystkim opłaty reprograficzne nie są „pomysłem na zarabianie" przez wspomniane organizacje, ale stanowią systemowy mechanizm rekompensat dla twórców, których utwory przepisy o „dozwolonym użytku" niejako nacjonalizują, przekazując do praktycznie nieograniczonego korzystania.

 

Już 13 lat temu Sąd Najwyższy (sprawa V CSK 22/08) zwracał uwagę, że „spowodowana rozwojem techniki szeroka dostępność środków reprograficznych stała się czynnikiem poważnie zagrażającym interesom majątkowym twórców i wydawców (...)" a „ustawodawca uznał, zgodnie ze współczesnymi tendencjami, za konieczne nałożenie na przedsiębiorców, którzy zapewniają dostęp do urządzeń ułatwiających kopiowanie i tym samym przyczyniają się do wykorzystywania na dużą skalę utworów w ramach dozwolonego użytku osobistego".

 

Wbrew twierdzeniom przeciwników opłat reprograficznych nie są one podatkiem. Opłata reprograficzna w żaden sposób nie może traktowana jako danina publiczna, a to z tego prostego powodu, że pomimo ustawowego obowiązku jej uiszczenia nie jest bezzwrotnym świadczeniem pieniężnym na rzecz Skarbu Państwa, województwa, powiatu albo gminy. Jej docelowym beneficjentem są twórcy.

 

Zgodnie z art. 20 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych opłaty reprograficzne mogą wynosić maksymalnie 3% kwoty należnej z tytułu sprzedaży tych urządzeń i nośników. Należy tu jednak wyjaśnić, że polski ustawodawca niczego w tym zakresie producentom i importerom takich urządzeń nie narzuca. Mają zatem prawo ukształtować ceny swoich produktów dowolnie, również doliczając do nich kwoty poniesionych opłat reprograficznych. Mogą ich także nie doliczać. Producenci i importerzy elektroniki lubią straszyć, że nałożenie na nich obowiązku uiszczania opłat reprograficznych zmusi ich do znaczących podwyżek cen oferowanych urządzeń. Jednak w realiach wysoce konkurencyjnego rynku opłata zapewne obniży marżę, pozostając bez istotnego wpływu na cenę detaliczną urządzeń.

 

Z jednej strony mamy do czynienia z przynoszącą zyski działalnością polegającą na sprzedaży smartfonów i tabletów, których atrakcyjność polega w znacznej mierze na tym, że pozwalają na coraz bardziej intensywne korzystanie z utworów w ramach dozwolonego użytku. To przyczynia się do powstania rynku usług łatwego dostępu do utworów, playlist, katalogów zdjęć. Na skutek zwiększającej się skali dozwolonego użytku zwiększa się uszczerbek majątkowy po stronie twórców i wydawców. I niezależnie od tego jaka jest rachunkowa zależność zysku wspomnianych przedsiębiorców i straty twórców, pytanie czy nie jest uzasadnione wspieranie finansowe tych, których twórcza działalność jest motorem rozwoju rynku tych urządzeń wydaje się pytaniem retorycznym.

 

Niespodziewanie zapowiedzianemu projektowi Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego towarzyszy w Sejmie opozycyjny projekt poselski, który jednak również przewiduje nałożenie opłat reprograficznych na smartfony i tablety. Tego niespotykanego w innych sferach życia publicznego politycznego konsensusu nie wolno nam zaprzepaścić. Ostatecznymi beneficjentami zmiany będą bowiem ci sami twórcy, których utworów i wykonań chcemy słuchać na naszych smartfonach. Nie tylko twarze znane z sylwestrowych gali, ale także młodzi wykonawcy i artyści, dla których rozwój rynku będzie szansą na złożenie zawodowych nadziei w pracy twórczej. Warto jednak, aby proces legislacyjny zmierzający do opisanego skutku został wsparty odpowiednimi działaniami informacyjnymi. Wielu Polaków wciąż nie wie czym jest opłata reprograficzna i nie łączy własnego intensywnego korzystania z cudzej twórczości ze stratą stojącego za nią twórcy uznając, że jeżeli już, to zapłacili za nie kupując smartfon. Kłopot jednak w tym, że nie zapłacili ani oni ani producent ich smartfonów.

 

Marta Kaczan-Parchimowicz - adwokat, wspólnik kancelarii Parchimowicz i Kwaśniewski, ekspert programu ochrony praw twórców Ośrodka Analiz Cegielskiego

 

Oryginalna publikacja: https://www.rp.pl/Opinie/302129950-Kaczan-Parchimowicz-Tworcy-nie-zyja-w-palacach.html